W 2002 roku Peru wygrało z Unią Europejską spór o sardynki. Unia rezerwowała wtedy nazwę »sardynki« dla jednego gatunku, Sardina pilchardus, poławianego głównie u wybrzeży Europy i północnej Afryki. Peru chciało sprzedawać na unijnym rynku swoje Sardinops sagax, więc poskarżyło się do Światowej Organizacji Handlu (WTO). Powołało się na normę Codex Alimentarius STAN 94, która dopuszcza nazwę »sardynki« z dopiskiem także dla innych gatunków. WTO przyznało Peru rację (sprawa DS231).
Rok później Komisja zmieniła przepisy, powołując się w preambule na tę samą normę Codex STAN 94. I tu zaczyna się legislacyjna drabinka. Jest rozporządzenie Rady (EWG) nr 2136/89, ustanawiające wspólne normy handlowe w odniesieniu do konserwowanych sardynek. Jest rozporządzenie Komisji (WE) nr 1181/2003, które tamto zmienia. Artykuł 1 punkt 5 rozporządzenia zmieniającego dodaje do pierwotnego artykuł 7a:
Bez uszczerbku dla dyrektywy 2000/13/WE Parlamentu Europejskiego i Rady, konserwowane produkty pokrewne sardynce mogą być przedmiotem obrotu we Wspólnocie z zastosowaniem opisu handlowego składającego się z wyrazu »sardynki« połączonego z nazwą naukową gatunku.
Gatunki pokrewne sardynce wylicza z kolei artykuł 1a, dodany do rozporządzenia z 1989 roku przez punkt 3 tego samego artykułu. Na liście są między innymi szprot (Sprattus sprattus) i śledź (Clupea harengus).
Czyli żeby sprzedać szprota jako sardynkę, producent musi spełnić tylko jeden warunek: obok słowa »Sardynki« trzeba napisać łacińską nazwę gatunku. Puszka podpisana »Sardynki (Sprattus sprattus)« jest więc w pełni legalna, choć sardynki w niej nie ma. Cała sztuka polega na tym, że mało kto czyta łacinę. Klient widzi na półce duże »Sardynki«, a prawda o zawartości jest obok, w nawiasie.